"Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Machulski albo Vega nakręcili trzecią część „Psów”"
Fot. Krzysztof Wiktor/ © Ent One Investments

"Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Machulski albo Vega nakręcili trzecią część „Psów”"

Jeden z najbardziej cenionych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych polskich reżyserów filmowych, Władysław Pasikowski w specjalnym wywiadzie dla Esquire opowiada m.in. o pracy nad nowym "Pitbullem", współpracy z aktorami oraz jak ocenia swoje filmy.
10.03.2018

Rozmawiamy przed premierą filmu „Pitbull. Ostatni pies”. Lubi pan ten okres oczekiwania?

Nie za bardzo. Lubię moment, gdy pokazuję film mojemu synowi (Jakub Pasikowski, aktor – przyp. red.) i operatorowi Pawłowi Edelmanowi. Z publicznością jest taki kłopot, że jej łaska na pstrym koniu jeździ. Dwadzieścia lat temu nakręciłem mój ulubiony film, „Reich”, i zebrałem od widzów cięgi. Jestem więc w pewnym sensie w sytuacji gościa, który został posądzony o morderstwo i oczekuje na werdykt ławy przysięgłych. Moje życie zależy od opinii publiczności. Trudno, żebym lubił ten stan. Publiczność zdecyduje: albo będę kręcił filmy dalej, albo będę ubiegał się o rentę, niczym Violetta Villas. A co do emocji, to największe wywołuje we mnie zebranie ekipy, często nowych ludzi, i rozpoczęcie zdjęć. Powstaje wówczas gigantyczne oczekiwanie: co się wydarzy? Na co mnie stać tym razem?

Przed rozpoczęciem pracy nad filmem zapowiedział pan powrót do korzeni, czyli do serialowej wersji „Pitbulla” w reżyserii Patryka Vegi.

W Stanach Zjednoczonych kolejne części serii „Gwiezdne wojny” kręci inny reżyser. U nas jest to nie do pomyślenia. Posypały się na mnie gromy, że „Pitbull” to Patryk Vega, nikt inny. Rozumiem to, ale nie podzielam tej opinii. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Juliusz Machulski albo Patryk Vega nakręcili trzecią część „Psów”. Proszę też zauważyć, że w internecie protestowali wszyscy zainteresowani, poza panem Vegą. W tej sytuacji najważniejsze jest dla mnie, żeby ludzie poszli do kin na „Ostatniego psa” i by Patryk Vega obejrzał mój film, pokiwał głową i powiedział: „Może być, ja bym to zrobił inaczej, ale jest mniej więcej okej”. A także żeby producent filmu, pan Emil Stępień, który zaryzykował, kontynuując kręcenie serii „Pitbull” bez udziału jej autora i powierzając ją mnie, nie „poszedł z torbami”.

Obok wybitnych aktorów, Marcina Dorocińskiego, Krzysztofa Stroińskiego czy Mariana Dziędziela, w filmie pojawia się znany bokser, a jedną z głównych ról zagrała Dorota Rabczewska, Doda. Jak się pracuje z niezawodowymi aktorami?

Bezproblemowo. Trudno Artura Szpilkę, Katarzynę Nosowską czy Dorotę Rabczewską uznać za amatorów. Od lat występują przed publicznością, daleko większą niż pomieści największa sala kinowa. Co do pani Doroty, to po pierwszej godzinie współpracy prysły wszystkie moje obawy, że będą kłopoty dyscyplinarne, że pojawi się gwiazdorzenie albo kaprysy. Pani Dorota była najbardziej zdyscyplinowanym, punktualnym i przygotowanym wykonawcą. Jako jedynej nie przeszkadzała jej zamiana scen w dniu zdjęciowym, bo przed rozpoczęciem zdjęć była przygotowana do każdej z nich. I każdą miała wykutą „na blachę”. Wbrew pozorom to nie jest takie łatwe. Proponowała, słuchała uwag, a jeżeli uznała, że są istotne, to stosowała się do nich w stu procentach. Wykonała gigantyczną pracę nad swoją rolą, jak poważny zawodowiec, a nie jakiś tam amator. Do tego występując w podwójnej roli aktorki i producenta, pani Dorota nigdy nie pozwoliła sobie na pomylenie tych zadań, za co jej dziękuję.

Powiedział pan kiedyś: „Zniknęła moja arogancka wiara, że nakręcę najlepszy film na świecie”. Krytycy opatrują pańskie produkcje etykietami w rodzaju „kontrowersyjne”, „męskie”. Co pan na to? Lubi pan analizować własną twórczość?

Nie nazywam mojej działalności twórczością. Co najwyżej „patchworkiem”. Moje filmy raczej mi się podobają. Gdyby coś mi nie przypadło do gustu, to bym to zmienił na planie. Hipotetycznie można założyć natomiast, że zdarzają się sytuacje, na które nie mam wpływu, na przykład na tak zwane efekty specjalne. Moje kino postrzegam jako opowieści najstarszego dziada siedzącego wieczorem przy ognisku. Nawiasem mówiąc, w czasach PRL-u, gdy jeździłem na kolonie młodzieżowe, to jako ośmiolatek siadywałem przy ognisku i opowiadałem nastolatkom rozmaite historie. Nadal to robię.

Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze Esquire'a (2/2018) Rozmawiała: Magdalena Kuszewska

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo