Kim jest Robert Lewandowski poza boiskiem?

Redakcja

Kim jest Robert Lewandowski poza boiskiem? Zdjęcie: Kapif
Reklama

Z Robertem Lewandowskim spotkaliśmy się z okazji sesji zdjęciowej dla "Esquire'a". Dzięki temu mieliśmy szczęście podpatrzyć, jak wygląda zwykły dzień jednego z najlepszych piłkarzy na świecie.

Reklama

I.Lista życzeń

Błękitny skarb. Owoc borówki amerykańskiej ma mnóstwo mikroelementów. I makroelementów. Potas. Fosfor. Wapń. Zawiera substancje chroniące organizm przed działaniem wolnych rodników, a więc przeciwdziała powstawaniu raka. Poza tym obniża ciśnienie krwi, wzmacnia tętnice i żyły, czyli zapobiega chorobom krążenia. Poprawia też działanie układu nerwowego. Ma dobroczynny wpływ na wzrok. No i jest pyszna.
Z kolei maliny, dzięki zawartości witaminy C i antocyjanów, poprawiają odporność organizmu. Są bogate w błonnik i witaminy z grupy B, co oznacza, że wspomagają odchudzanie i myślenie. No i są pyszne.
A truskawki? Wystarczy zjeść dziennie zaledwie sto gramów, by ustrzec się szkorbutu i anemii, bo mają mnóstwo witaminy C i żelaza. No i są pyszne.
Gdy pewnego letniego poranka na dziedziniec biurowca, w którym znajduje się redakcja „Esquire”, wjeżdża czarny Mercedes-Benz S350 Long, dojrzałe w mocnym słońcu owoce czekają na naszego bohatera w garderobie. Na krótkiej liście życzeń wysłanej przez Roberta, poza borówkami, truskawkami i malinami, znalazła się zielona herbata („może być w torebkach”) i płatki gryczane. Od siebie dodajemy słodkie i mięsiste czereśnie (witaminy, potas, wapń, a przede wszystkim jod), a także brzoskwinie UFO (wapń, magnez, żelazo, witamina PP).
Kiedy Robert przymierza garnitury, w których wystąpi na naszej sesji, przygotowujemy porcję płatków gryczanych. Z upraw ekologicznych, rzecz jasna. Sposób przygotowania: płatki gotujemy w wodzie na małym ogniu od trzech do pięciu minut. Prośba Roberta: byle nie posolone.
Płatki są źródłem magnezu, siarki, żelaza, kobaltu, miedzi, cynku, boru, jodu. Niemal cała tablica Mendelejewa. Zawierają witaminy z grupy B i witaminę E, a także aminokwasy lizynę i leucynę, bez których nie przetrwalibyśmy kwadransa. Płatki gryczane są megazdrowe. Ale z całą pewnością nie można o nich powiedzieć, że są pyszne. Zwłaszcza jeśli się ich nie posoli. Gdyby tę brązową breję podano na śniadanie rezydentom zakładu karnego, wybuchłby bunt, a naczelnik więzienia wyleciałby z roboty.
Tymczasem facet podróżujący po mieście limuzyną za pół miliona dzielnie opróżnia miskę, nie uroniwszy łzy. O jedzeniu może gadać godzinami. Że laktoza szkodzi. Że dieta jest pierońsko ważna. Że najpierw deser, potem obiad. Że Ania go nauczyła, jak jeść, żeby się lepiej czuć. Tyle że po bliższych oględzinach porcji płatków gryczanych nikt w redakcji nie chce już słuchać o jedzeniu. Po co się tak katować? – Coś za coś – mówi Robert, po czym wypija czarną kawę, bo w ostatniej chwili jednak rezygnuje z zielonej herbaty, i staje do pierwszego zdjęcia. Jest spięty. No, może lekko stremowany. Tak przynajmniej nam się wydaje. Ale Robert szybko rozwiewa wątpliwości: – Nie jestem zdenerwowany. Czym tu się denerwować?

II.Spiżowa maska

Usiądź. Wstań. Uśmiechnij się. Szerzej! Teraz zmienimy tło. Robert siada, wstaje i szerzej się uśmiecha. Cierpliwie wykonuje kolejne polecenia. Nie obrusza się i nie gwiazdorzy. Po niedawnym urlopie wygląda na wypoczętego, choć narzeka na lekkie przeziębienie. Zdrowa dieta i przebiegnięte tysiące kilometrów najwyraźniej mają sens, bo Robert wygląda świetnie. Kaloryfer, błyszczące, mocne włosy, zdrowa cera. Ale mimo to puder nałożyć trzeba. I poprawić fryzurę. Znowu: usiądź, wstań, spójrz przed siebie. Z każdym ujęciem Robert się rozluźnia, ale wciąż trzyma dystans, jakby nie był pewien, czy może sobie pozwolić na wylewność. Weźmiemy go na przetrzymanie. W końcu straci czujność, otworzy się i coś chlapnie, a my zamiast gapić się na spiżowy posąg, zobaczymy człowieka z krwi i kości.
Robert chce być doskonały i wkłada w to mnóstwo roboty. Unika plotek. Nie przeklina. Nie pije. Nie pali. Jest jak bohater średniowiecznej pieśni rycerskiej, który żyje wedle kodeksu, przestrzegając boskich przykazań, niczym bohater słynnego francuskiego eposu „Pieśń o Rolandzie”. Tytułowy Rolandinio, przystojniak o czystym sercu, z zawodu hrabia, wraz z oddziałem wpada w zastawioną przez innowierców pułapkę. Mógłby się z niej wydostać, wzywając posiłki, ale to niegodne, więc zamiast życia w hańbie, wybiera honorową śmierć, a Bóg go oczywiście za to wynagradza, wskazując mu miejsce w niebiańskiej strefie dla VIP-ów. Robert przypomina rycerza i to nie tylko, gdy poraniony przez wroga podczas bitwy na kolejne pojedynki wkłada maskę. Jest honorowy, waleczny i wierny swej białogłowie. Towarzyszą mu wierni druhowie z firmy ochroniarskiej, gotowi oddać za niego życie (dopiero gdy wyjdziemy w plener, okaże się, że obecność ochroniarzy to nie fanaberia, a konieczność). Teraz zmienimy tło.

III. Profesjonalne wzruszanie ramionami

Zbliża się południe. Jest gorąco. Warszawiacy stoją w korkach dłuższych niż zwykle, bo wciąż trwa odbudowa mostu Łazienkowskiego, a my, pech chciał, musimy przebić się na drugą stronę Wisły, żeby przy stacji PKP Olszynka Grochowska zrobić kolejne zdjęcia. Robert lubi wracać do rodzinnego miasta. Mówi, że Warszawa jest coraz bardziej europejska. Że nie powinniśmy mieć kompleksów. Tyle zieleni. Tyle się dzieje. Stojąc w sznurze samochodów ciągnących na Pragę, rozmawiamy o podróżach. Pytany, czy nie ma dość życia w rozjazdach, wzrusza ramionami. – Coś za coś – mówi i ogląda się za sunącym Alejami Jerozolimskimi wozem strażackim. Pogawędka się rwie. Robert ma problem z koncentracją. W końcu dopiero co wrócił z urlopu na Ibizie, a za chwilę znowu wyjeżdża. Do podróżowania, wiecznego pakowania się, rozpakowywania i czekania przywykł. Zaprawił się już jako dzieciak, gdy na treningi jeździł do miasta spod Kampinosu, gdzie mieszkał z rodzicami. – Trzeba jechać, to jadę – mówi. Tak ma ze wszystkim. Trzeba pozować, pozuje. Trzeba odpowiadać po raz tysięczny na te same pytania, odpowiada. Jest praca, pracuje. Nie ma tu miejsca na wątpliwości ani na narzekanie.
Żeby się nie nudzić w podróży, czyta książki albo ogląda filmy. Ostatnio śledzi losy bohaterów serialu „Ekipa”. Czyta biografie, a najbardziej interesują go, jak się nietrudno domyślić, żywoty piłkarzy. Lubi też thrillery. Czasami przegląda książki psychologiczne. Nie wymienia tytułów, ale obstawiamy, że nie sięga po poradniki motywacyjne. Sam mógłby napisać podręcznik traktujący o sile woli, konsekwencji i wytrwałości, ale – o ile nam wiadomo – na razie nie planuje.

IV. Tylko nie przy jedzeniu, błagam

Jakiś czas temu w „Wysokich Obcasach” dziennikarka Dorota Wellman wymieniła dzięsięć rzeczy, których najbardziej nie lubi w polskiej telewizji. Numer jeden? Ludzie, którzy uwierzyli, że są bogami, bo raz czy dwa wystąpili na małym ekranie.
Urojenia wielkościowe to dziś powszechna przypadłość. Robertowi nie odbiło, bo prawdopodobnie nie miał na to czasu. A sodówka już dawno powinna mu była uderzyć. W przeciwieństwie do większości rodzimych gwiazd, Robert nie nacieszy się anonimowością, wyjeżdżając na wakacje do Hiszpanii czy zwiedzając Somalię (o afrykańskiej przygodzie z Lewandowskim w tle pisze na ostatniej stronie „Esquire” Paweł Smoleński). Jeśli więc pękasz z dumy, bo zagrałeś epizod w „Ranczu” i wydaje ci się, że jesteś celebrytą, wyjedź na weekend do Budapesztu. Gdy na twój widok ludzie będą się oglądać, najpierw sprawdź, czy nie poplamiłeś koszuli pörköltem. Jeżeli przejdziesz w spokoju sto metrów, nie nagabywany o autograf, idź do pralni.
Robert nie może liczyć na święty spokój. Czy go to uwiera? – Coś za coś – mówi, gdy podjeżdżamy pod stołówkę przy stacji kolejowej Olszynka Grochowska. – Gdy jem obiad w niemieckiej restauracji, ludzie grzecznie czekają, aż skończę. U nas różnie to bywa. Zdarza się, że nie mogę przełknąć w spokoju nawet kęsa. To mnie rzeczywiście wkurza.
Czarna limuzyna na niemieckich numerach wzbudza zainteresowanie trzech dżentelmenów o sinych twarzach, wyrzeźbionych przez czas i alkopromile. Robert, który rozluźnił się nieco na tylnej kanapie mercedesa, dając nadzieję na przejrzenie jego duszy, znów się zaczyna tremować. Wkłada okulary słoneczne i bejsbolówkę, żeby uniknąć zamieszania, ale limuzyna i dwaj faceci w czerni robią swoje. Kiedy Robert staje na planie zdjęciowym, szybko zjawiają się łowcy autografów.

V. Pytam, za co mu płacą

Gdy niedawno jeden z portali uświadomił swoim czytelnikom, ile Robert zarabia, nie obyło się bez cierpkich komentarzy. Internautę, który podpisał się „kibic”, oburzyła informacja, że Lewandowski za swoją pracę, nie licząc kontraktów reklamowych, otrzymuje 107 milionów złotych rocznie. To daje 12214,61 zł za godzinę. Za każdą godzinę. Bez względu na to, czy Robert wygrywa kolejny mecz, czy cieszy się zasłużonym odpoczynkiem.
Jednak większość ludzi nie ma z tym najmniejszego problemu. Kiedy wsiadamy całą ekipą do pociągu, żeby przejechać do stacji Warszawa Stadion, stajemy przed nie lada wyzwaniem. Pan konduktor nie sprzedaje biletów, bo w pociągu są biletomaty. Problem w tym, że nie przyjmują banknotów i nie można w nich zapłacić kartą. I choć ostatecznie udaje nam się wrzucić kilogram monet do maszyny i zalegalizować przejazd, konduktor mówi, że za wspólną fotografię z Robertem, pozwoliłby nam nawet przejechać na gapę. I tak jedna ze spółek kolejowych nie straciła ani złotówki, a jej pracownik strzelił sobie selfie z Lewandowskim.
Na dworcu Warszawa Stadion chętnych do wspólnych fotografii i podpisów trzeba prosić, by przez chwilę dali Robertowi popracować. W kolejce cierpliwie czekają dwaj kilkulatkowie o ciemnej karnacji. Ledwo mówią po polsku, ale nie mają najmniejszego problemu, by zakomunikować, że są w posiadaniu smartfona i nie zawahają się go użyć. Jeśli trzeba zrobić selfie, Lewandowski robi selfie. Jeśli przychodzi do pracy na murawie, pracuje, niemal zawsze wyrabiając normę. Często ją przekraczając. Właśnie za to tyle mu płacą. „Kibicu”.

VI. Jeden do zera. Co najmniej

Robert jest nieufny. Trzeba mu dać czas. My tego czasu nie mamy. Za każdym razem, gdy próbujemy coś z niego wyciągnąć, wraca do okrągłych zdań i wzrusza ramionami. Po prostu ciężko pracuje. Nie przejmuje się tym, co mówią krytycy. Robi swoje. Nie ma czasu na trwonienie pieniędzy.
To jasne, że dąży do doskonałości na boisku i chce zbudować doskonały wizerunek. Jest świetnie przygotowany. Jest pracowity. Jest nieprawdopodobnie utalentowany. Im dłużej mu się przyglądamy, tym wyraźniej widzimy, że zamiast opowieści o prawdziwym człowieku, wychodzi nam epos rycerski albo hagiograficzna nowelka o świętym. No bo przecież spełnia wszystkie kryteria. Nie grzeszy pychą. Dzieli się majątkiem. Autografy, które tak często i chętnie rozdaje (choć sam nigdy nie był ich łowcą), są dla fanów niczym relikwie. Robert jest uprzejmy i prostolinijny. No cóż, tym razem nie udało się nam wytropić łobuziaka, ale będziemy próbować. Na razie w meczu Lewandowski – „Esquire” jest jeden do zera. Ale przegrywać z nim to czysta przyjemność.

Autorem tekstu jest Jan Leszczyński. Tekst i efekt sesji ukazały się w "Esquire" nr 04, wrzesień/pażdziernik 2015

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Podobne tematy

Reklama