To co wiem: Jerzy Owsiak

.

To co wiem: Jerzy Owsiak
Reklama

Sie kręci, ale czasami NIE! Ostatnio słabo w polskiej rzeczywistości. Przez ostatnie 25 lat byliśmy jak kolorowy dziecięcy bączek, który czasem zaskrzypiał, ale cały czas był w ruchu. Dziś się zacina. Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni. Opowiada działacz społeczny, 63 lata. Wysłuchała Anna Kaplińska.

Reklama

Strach? Broń Boże! Jest mnóstwo goryczy, którą czuję u bliźnich, ale ich strach mi się nie udziela.

 

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy nazwać kogoś gorszym, bo myśli inaczej niż ja. Kim trzeba być, żeby mówić: teraz ja mam rację! I bam! – przywalić tak, żeby nikt nie jęknął i nie pierdnął? Dla mnie widzieć tylko jedną rację, to widzieć świat w jednym wymiarze.

 

Gdyby działo się naprawdę źle, byłbym pierwszym, który stałby na barykadzie. Albo robiłbym podkop, żeby dać dyla. Albo przewróciłbym wartownika, jak w moim ulubionym filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Nadal jednak miałbym wybór.

 

Pierwsza życiowa lekcja była szokująca. W podstawówce miałem dwóch przyjaciół. Jeden z nich już nie żyje, a drugi jest gdzieś w Ameryce. Nie zdziwię się, jeśli teraz właśnie czyta „Esquire’a” pod sekwoją albo gdzieś na pustyni Nevada. W latach 70. byliśmy zajęci słuchaniem płyt Czerwonych Gitar czy Polan. Generalnie fascynowaliśmy się muzyką bigbitową. Wydawało nam się – jak to szczylom – że świat jest przepiękny. To, że otaczał nas realny socjalizm, głupi jak u Barei, było nieistotne. I któregoś dnia matka tego kumpla, uczestniczka powstania warszawskiego zaczęła mi opowiadać inną historię Polski. Usłyszałem zupełnie nowe rzeczy. W moim młodym łbie, łbie syna milicjanta, pojawił się zamęt. Dotarło do mnie, że świat jest bardziej skomplikowany, niż myślałem.

 

W życiu miałem szczęście, bo przeszedłem przez szpital psychiatryczny. Kiedy nie dostałem się na studia, wylądowałem w wojsku. Musiałem symulować chorobę psychiczną, żeby się z tego wojska wyrwać. Po wyjściu dalej musiałem kombinować, aby dostać upragnioną kategorię D. Uczęszczałem na seanse psychoterapeutyczne do Rysia Praszkiera. On szybko zorientował się, że ściemniam i zaproponowali mi… pracę. Powiedział, że mam dobry kontakt z ludźmi i żebym to w życiu zawodowym wykorzystał. Przeszedłem nawet specjalne kursy pod wodzą Wojtka Eichelbergera i Jacka Santorskiego. I na tym dobrym kontakcie z ludźmi lecę do dzisiaj. Czyli to Ludowe Wojsko Polskie mnie stworzyło.

 

Jeśli chodzi o kasę, to jest ona wielka! Mówię o orkiestrze. Przez te 25 lat wszystkie zebrane pieniądze, a było ich grubo ponad 700 milionów, wydaliśmy na sprzęt medyczny.

 

Stosunek do zwierząt pokazuje naszą wrażliwość. Trzeba je kochać i dawać im wolność. Jan Kellus śpiewał, żeby nie przejeżdżać jeży. I do dziś bardzo uważam na jeże.

 

Lubię jeść masło orzechowe. Jak go spróbowałem po raz pierwszy w komunie hipisowskiej, to nawet nie zdawałem sobie sprawy, że taki przysmak istnieje. Fajnie było jeść masło orzechowe i słuchać płyt Boba Dylana śpiewanego przez Martynę Jakubowicz.

 

Wierzę w przeznaczenie. I wy wierzcie przeznaczeniu! Bierzcie od życia wszystko, co wam przynosi. Pochylajcie się nad trudnościami, nie próbujcie od nich uciekać. One naprawdę się układają w coś, co może was wzmocnić. Możecie mieć z nich cudowne korzyści.

 

Z żoną uwielbiam spacerować, oglądać, patrzeć, jak wszystko się potrafi fantastycznie zmieniać i gadać, gadać, gadać, mijając cztery pory roku. 

 

Ojciec był ateistą. Był bardzo ludzkim gościem, bo przeszedł piekło. Przed wojną mieszkał w domu dziecka, potem szukał swojego miejsca w życiu. Kiedyś powiedział mnie i mojemu bratu: jeśli coś komuś ukradniecie, to wam nogi z dupy powyrywam. Z bratem stwierdziliśmy, że to będzie bardzo bolało, więc nie ma co nawet kombinować. A wychowywaliśmy się w dzielnicy żulerskiej i mogło nas wywiać w niebezpieczną stronę. Tata to był taki gościu, który potrafił „podzielić się” moim rowerkiem z kimś innym, bo uważał, że jemu bardziej się przyda. Mama na to: ja pierdziu, przecież Jurek jeszcze by na nim z rok pojeździł! Oj tam – odpowiadał ojciec.

 

Szczęście? Co sobotę grać z rodziną w kanastę. U mnie w rodzinie wszystkie ciotki i wujkowie grają już od lat 60. Z dzieciństwa pamiętam babcię Florentynę, której nikt nie chciał brać do zespołu, bo miała sklerozę. I wujka Heńka podrywającego się od stołu z krzykiem: nie gram, nie gram! Ojciec wtedy biegł za nim i wołał: Heniu, wracaj! Stół zastawiony żarciem, wódeczką... Piękne chwile z życia rodzinnego w siermiężnej Polsce. A dziś? Spotkania na smutasa i goryczą doprawione.

Tekst ukazał się w styczniowo-lutowym numerze magazynu Esquire.

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Podobne tematy

Reklama