Ten dobry: Michael Fassbender

.

Ten dobry: Michael Fassbender Zdjęcia: Cedric Buchet
Reklama

Może to jego diabelski uśmieszek. A może to, że jest przystojny. Może wreszcie dlatego, że potrafi uczłowieczyć nawet najciemniejszą filmową postać. W każdym Razie Michael Fassbender jest dziś rozchwytywany przez największych reżyserów. Jego nowy film “Assasin's Creed” podbił kina.

Z wycinków prasowych na temat Michaela Fassbendera wyłania się obraz człowieka, który jest skłonny zrobić naprawdę wiele, by przeistoczyć uciążliwy obowiązek – jakim jest analizowanie wzlotów i upadków własnej kariery na użytek obcych ludzi piszących do magazynów – w coś przyjemnego, a czasem nawet ekscytującego. Pewnego razu w New Jersey namówił reportera na strzelanie do rzutków. Z innym wybrał się na wyścigi samochodowe w Montrealu. Dziś, w pochmurny jesienny poranek w Toronto, postanowił zabawić się w kapitana Ahaba.

 

Planowanie takich rozrywek nie wynika z awersji do opowiadania o rzemiośle aktorskim. Jeśli chodzi o dorobek zawodowy, Fassbender ma się czym pochwalić – był dwukrotnie nominowany do Oscara, zagrał Makbeta i Steve’a Jobsa, a teraz z wdziękiem przeskakuje między ambitnymi filmami niezależnymi a potężnymi kasowymi franczyzami, jak „X-Men” – i z radością się tym wszystkim dzieli. Atrakcje dla dziennikarzy wymyśla raczej po to, by uniknąć rozmów o swoim życiu poza ekranem. Jakby deprymowała go myśl, że może w tym być coś zajmującego. Podczas naszego spotkania stwierdziłam, że Fassbender jest bezsprzecznie uprzejmy, wręcz życzliwy, ale jednocześnie zupełnie niezainteresowany przekładaniem swojego życia prywatnego na publiczną narrację.

 

Dało się wyczuć, że aktor przybył do lobby hotelu Ritz-Carlton w Toronto znacznie wcześniej, niż go wypatrzyłam – panowała tam ożywiona atmosfera, a goście i boye hotelowi gremialnie skupiali na nim uwagę, jedni jawnie, inni ukradkiem. Przyjechał do Toronto, żeby uczestniczyć w premierowym pokazie dramatu kryminalnego „Trespass Against Us” na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, ale miałam wrażenie, że już chciał uciec przed całym tym zamieszaniem, sztucznymi pozami, szczebiotami „jak miło się znowu widzieć” i witaniem się z nieskończonym strumieniem agentów, ważniaków z wytwórni filmowych i rozanielonych, uśmiechniętych wielbicieli. Dlatego też pędem przemknęliśmy do hotelowej restauracji i nad wspólnym półmiskiem naleśników powtórzyliśmy plan ucieczki – pojedziemy samochodem na nabrzeże o pół godziny drogi za miastem, spotkamy się z naszym przewodnikiem, młodym kapitanem łodzi rybackiej o imieniu Aaron i spędzimy dzień na jeziorze Ontario, tropiąc pstrągi tęczowe i łososie królewskie. Fassbender z radością odrywał się na te kilka godzin od cywilizacji, a w jego głosie pojawił się irlandzki akcent. – I w ogóle nieważne, czy złowimy jakieś ryby – zapowiedział.

 

W branży, w której kariera gwiazdy zazwyczaj staje pod znakiem zapytania wraz z pojawieniem się pierwszej zmarszczki na twarzy, 39-letni Fassbender jest anomalią – jego kariera tak naprawdę zaczęła się dopiero w roku 2009, kiedy wystąpił w pełnometrażowym debiucie reżyserskim Steve’a McQueena „Głód” w roli uwięzionego bojownika IRA Bobby’ego Sandsa. Sława najwidoczniej wciąż wprawia go w zakłopotanie – zrobił się wyraźnie nieswój, kiedy kelner bez potrzeby mu nadskakiwał, rozwodząc się nad szczegółami menu. Za każdym razem, kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, spuszczał głowę. W miejscach publicznych rozglądał się nerwowo i krył się za donicami i innymi dużymi obiektami jak dziecko bawiące się w chowanego.

Niechciana uwaga prześladowała go też po śniadaniu. Kiedy na wpół biegnąc, pokonaliśmy dwadzieścia parę metrów między lobby a samochodem czekającym na jałowym biegu, od razu otoczył nas tłumek fotoreporterów, wykrzykujących jego nazwisko. Zareagował uprzejmie, ale stanowczo: „Może później, kochani”. Po tej wymianie zdań naszemu kierowcy coś musiało zaświtać w głowie, bo chwilę później wpisał „Michael Fassbender” w wyszukiwarkę na telefonie zamontowanym przy przedniej szybie tak, że był widoczny z tylnego siedzenia. – Patrz, już mnie gugluje – szepnął mi Fassbender. – Tak się teraz porobiło.

 

Wciąż nie do końca pewny, jaką znakomitość wiezie, szofer roześmiał się nerwowo, uśmiechnął na wpół przepraszająco we wsteczne lusterko i ruszył w drogę.

 

„Wędkarzu doskonałym”, osobliwym, ale przyjemnym w lekturze podręczniku wędkarstwa z 1673 roku, Izaak Walton zachwyca się determinacją, z jaką łososie przedzierają się do słodkich wód, kiedy przychodzi czas tarła – z jaką desperacją pokonują przeszkody, by odzyskać „przyjemność, którą kiedyś znajdowały” w zimnych jeziorach i strumieniach, gdzie przyszły na świat. By wrócić do domu, ryby skaczą niewiarygodnie wysoko – pokonują czterometrowe wodospady, tak manewrując ciałem w nurcie wody, że zmieniają się w coś w rodzaju samostrzelającej procy. „Wygląda, jakby wyskakiwały ze skóry” – jak to później określił kapitan Aaron.

 

Chociaż wielu ludzi w ten sposób idzie przez życie – wyruszają na dalekie wędrówki, by ostatecznie wrócić do miejsc, które znają najlepiej, czyli najczęściej do tych, które poznają jako pierwsze – dla Fassbendera przeszłość jest znacznie mniej interesująca niż przyszłość. Film „Assassin’s Creed” (polska premiera 6 stycznia), w którym Fassbender nie tylko zagrał główną rolę, ale był też jego producentem, jest luźno oparty na popularnym cyklu gier komputerowych – sprzedało się ponad sto milionów egzemplarzy! – pod tym samym tytułem. Jest to tego rodzaju imponująca i pełna rozmachu produkcja, która może równie dobrze okazać się komercyjnym niewypałem i narazić finanse studia filmowego na ciężkie straty, jak i sprzedać rekordową liczbę biletów, a więc wynieść stalowookiego odtwórcę głównej roli na czołówki rankingów. 

 

Fassbender gra w nim dwie różne postacie – współcześnie żyjącego Calluma Lyncha i jego piętnastowiecznego przodka, Aguilara. Callum, który w młodym wieku stracił całą rodzinę, jest dokładnie takim typem bohatera tragicznego – młodym człowiekiem pozbawionym rodziny, zmuszonym do wyruszenia w podróż w poszukiwaniu samorealizacji – jakiego można się spodziewać w filmie opartym na grze skierowanej głównie do młodzieży.

 

Pod wieloma względami jest to jednak dla Fassbendera osobliwy wybór, i to nie tylko dlatego, że filmy oparte na grach komputerowych słyną z tego, że są ryzykownymi przedsięwzięciami (dwie wysokobudżetowe ekranizacje gier, „Prince of Persia: Zapomniane piaski” oraz „Warcraft”, poniosły spektakularną porażkę w kinach). Przez większość swojej kariery zawodowej odmawiał grania postaci, którym widz mógłby z czystym sumieniem kibicować. Częściej niż którykolwiek z żyjących aktorów, postanawiał przywracać człowieczeństwo bohaterom mocno zdeprawowanym, nadając im ludzką, rozpoznawalną twarz.

 

W „Zniewolonym” z 2013 roku, trzecim w jego karierze filmie reżyserowanym przez McQueena, Fassbender został obsadzony w roli Edwina Eppsa, właściciela plantacji z Południa, który zakochuje się w jednej ze swoich niewolnic i gwałci ją. Jego Epps jest człowiekiem, który po prostu zdaje się nie rozumieć, jakim horrorem jest jego życie. (Za rolę Fassbender zdobył swoją pierwszą nominację do Oscara). Natomiast w zeszłorocznym filmie biograficznym o Stevie Jobsie główną osią konfliktu jest fakt, że założyciel Apple wielokrotnie wypierał się swojej córki, mimo jednoznacznych wyników badań na ojcostwo. Obiektywnie rzecz biorąc, postawa Jobsa była odpychająca, ale Fassbender mimo to na ekranie wykazał się dezorientującą powściągliwością, jakby chciał zasugerować, że być może wie więcej niż my.

 

W rozmowie Fassbender ujawnia swój niekłamany głód wszelkiej nowej wiedzy. –Niedawno usłyszałem, że słowo „hillbilly” pochodzi od zwolenników Wilhelma Orańskiego – ludzi, którzy mieszkali na wzgórzach. Uwielbiam odkrywać takie rzeczy – powiedział mi podekscytowany, kiedy czekaliśmy na brzegu jeziora na łódź. – I nie wiedziałem, że słowo „Cajun” pochodzi od „Acadian”. To też jest ciekawe!

 

Fassbender pierwsze kroki w aktorstwie stawiał stosunkowo późno. Urodził się w 1977 roku w Heidelbergu w Niemczech Zachodnich. Jego ojciec był Niemcem, a matka Irlandką. Kiedy miał dwa lata, rodzina przeniosła się do południowozachodniej Irlandii, gdzie ojciec podjął pracę kucharza w restauracji niewielkiego zajazdu w pobliżu Parku Narodowego Killarney. Michael zainteresował się aktorstwem po wzięciu udziału w warsztatach teatralnych, które bardzo mu się spodobały. I chociaż odrzucono jego kandydaturę na dwa kursy aktorskie, na które zdawał, w końcu dostał się do Drama Centre London. Wkrótce potem rzucił szkołę, żeby już na poważnie grać w przedstawieniach, wystąpił w kilku reklamach (w popularnym spocie Guinessa przepływa Atlantyk, żeby pogodzić się z bratem) i rolach drugoplanowych, między innymi muskularnego, długowłosego Spartanina w „300”. Dopiero jednak kiedy McQueen obsadził go w „Głodzie”, naprawdę rozwinął skrzydła. Film jest zapisem koszmarnych 66 dni strajku głodowego Sandsa w północnoirlandzkim więzieniu. Chcąc wypaść przekonująco, Fassbender schudł do tej roli prawie 20 kilogramów, ograniczając się do zaledwie sześciuset kalorii dziennie. Filmowi przyznano Złotą Kamerę na festiwalu w Cannes, a Fassbender otrzymał nagrodę BIFA [Brytyjska Nagroda dla Filmów Niezależnych] dla najlepszego aktora.

 

Od tamtej pory charakterystyczny dla Fassbendera niezwykły melanż wrażliwości i męstwa – sposób, w jaki jego ujmujące niebieskie oczy wyrażają zarówno cierpienie, jak i radość życia – przyciągał reżyserów największego formatu, takich jak McQueen, Danny Boyle, Quentin Tarantino, David Cronenberg, Derek Cianfrance, Cary Joji Fukunaga i Ridley Scott.

 

„Jego specjalnością jest granie postaci silnie skonfliktowanych wewnętrznie” – powiedział mi Cianfrance, który reżyserował Fassbendera w filmie „Światło między oceanami”. Pamięta, że po raz pierwszy zobaczył aktora w „Głodzie”: „Nie mogłem od niego oderwać oczu. Był jak pantera na ekranie. Jest doskonale przejrzysty, patrząc na niego widzisz dokładnie, co się w nim dzieje, chociaż niby niczego nie zdradza na zewnątrz”.

 

We „Wstydzie”, drugim filmie we współpracy z McQueenem, wykreowany przez Fassbendera portret wydawałoby się doskonale funkcjonującego nowojorczyka, walczącego z uzależnieniem od seksu, jest rozedrgany, niemal patologiczny. W „Fish Tank”, niezależnej produkcji z 2010 roku w reżyserii Andrei Arnold, gra żonatego mężczyznę, który uwodzi zbuntowaną piętnastoletnią córkę swojej kochanki. W obu przypadkach jego bohaterowie są bardziej zdesperowani niż zdemoralizowani. Nawet w filmie tak emocjonalnie nieskomplikowanym jak „X-Men: Pierwsza klasa”, w którym wygłasza dość absurdalne kwestie, Fassbender prowadzi swoją postać z rzadko spotykaną wrażliwością. Pod koniec filmu, kiedy jego dawny nazistowski prześladowca, Sebastian Shaw (Kevin Bacon), zastyga w bezruchu za sprawą telepatycznej interwencji, grany przez Fassbendera Magneto lekko przechyla twarz ku otwartej dłoni Shawa, jakby chciał powiedzieć: „Kiedyś mnie znałeś”. Potem uśmierca go, rzucając srebrną monetą, która powoli przebija mózg wroga. Ów ruch głową to drobny zabieg aktorski, zupełnie bez znaczenia dla narracji. Jest to jednocześnie jeden z najbardziej poruszających momentów we wszystkich filmach o superbohaterach.

 

Nawet teraz Fassbender jest ostrożny, gdy mówi o skomplikowanych mężczyznach, w których się wcielał. Byłam ciekawa, czy jego zdaniem ci zranieni, słabi, miotający się ludzie mogą nam przekazać coś ważnego o tym, jak ciężko jest być człowiekiem, ranić i być ranionym, i powstrzymywać się od wpływania na życie innych. – Dobrze powiedziane. Pokaż mi jedną prostą ścieżkę w życiu. Może wydawać się prosta, ale w każdej chwili może się stać zawiła – odpowiedział.

Jak wyjaśniała mi Kate Winslet, która zagrała u jego boku w filmie „Steve Jobs”: „Sądzę, że Michael ma gdzieś ››podejmowanie ryzyka‹‹. Nie leży w jego naturze pytać ››jak daleko mogę się posunąć‹‹ On po prostu chce grać postacie, o których wie, że będą dla niego wyzwaniem”. 

W interpretacji Fassbendera nawet Steve Jobs – najbardziej nieprzenikniony wizjoner, jakiego mieliśmy w Ameryce – staje się bliższy, prawdziwszy. „Oczywiście, że płacę twoje czesne” – mówi w jednej z kluczowych scen filmu Jobs do córki, która ma zacząć studia na Harvardzie. W podtekście to znaczy „Nie jestem takim potworem, za jakiego mnie masz”. Mogłaby to być maksyma większości postaci, które zagrał Fassbender.

– Zawsze go lubiłem – powiedział Fassbender o Jobsie. – Nigdy nie chciałem go przedstawić jako nikczemnika. Kiedy teraz oglądam ten film, widzę po prostu kogoś, kto miał trudności z dogadaniem się z ludźmi. 

 

Ukryty morał, jaki płynie z tych filmów? Prawdziwa samoświadomość to rzadkie zjawisko. Fassbenderowi byłoby znacznie łatwiej dać ludziom to, czego chcą – utwierdzić ich w przekonaniu, że zawsze potrafią rozpoznać nikczemność, w co wszyscy wierzymy. Ale większość ludzi nie wie, jak i dlaczego sprawiają zawód innym. Jesteśmy samolubnymi istotami, notorycznie nieświadomymi tego, jak źle postępujemy z tymi, na których nam zależy.

 

łódź motorowa, dziewięciometrowy Sea Ray, wyposażona jest w najnowocześniejszy sprzęt do łowienia ryb, sonar, czujniki głębokości i najwyższej klasy wędki i przynęty. Fassbender natychmiast wskoczył na pokład, potem pomógł mnie. Kiedy kapitan Aaron odbił od brzegu, Fassbender i ja usiedliśmy obok siebie, patrząc na znikające zarysy Toronto na horyzoncie. Nachylił się w moją stronę. – Myślisz, że dałabyś radę popłynąć z powrotem wpław, jakby było trzeba? – zapytał niemal wesoło.

 

Zmieniając temat, zapytałam, czy jest prawdziwym miłośnikiem gier komputerowych i czy właśnie dlatego zrobił swój ostatni film. – Ostatni poważny epizod z grami komputerowymi miałem w 2000 roku – odpowiedział. Było to na rok przed tym, jak dostał swój pierwszy znaczący kontrakt, niewielką rolę w miniserialu o drugiej wojnie światowej „Kompania Braci”. – Przez jakiś czas pracowałem nocami w magazynie. Wracałem rano do domu, siadałem przed komputerem i grałem w jakąś wyścigówkę, już nie pamiętam jej nazwy. Grałem w nią w kółko.

 

Każdy, kto kiedyś dał się wciągnąć w jakąkolwiek otępiającą czynność, wie, co to znaczy znaleźć sposób, żeby się trochę znieczulić, żeby trochę, choćby na krótko, uczynić kierat życia mniej dotkliwym. Fassbender mówił o marazmie i zapomnieniu z odcieniem zadumy – jak gdyby wczuwanie się w życie, jakie wiedzie większość z nas, było dla niego czymś fundamentalnym, ale z każdym dniem mniej osiągalnym.

 

Kiedy oddaliliśmy się od brzegu, pokazał mi na swoim telefonie zdjęcia sprzed kilku tygodni, kiedy w Irlandii łowił z ojcem makrele. Krajobrazy zapierały dech w piersiach: skaliste szczyty i niebo tak rozległe i dynamiczne, że wyglądały jak tapeta na monitorze. – Spójrz na to – powiedział z wyczuwalną dumą w głosie. – Nieprawdopodobne – przerwał i przesunął kilka fotek, zatrzymując się na zdjęciu, na którym był z ojcem. Walczył z wygiętą wędką. – To ja, jak wyciągam tego skubańca. 

 

Chociaż Fassbender rutynowo szuka doświadczeń, które wiążą się z samotnością – lubi surfować i wciąż mieszka w Londynie, tysiące kilometrów od Hollywood – nie uważa się za samotnika. Ceni współpracę, lubi, kiedy ludzie dzielą się pomysłami w imię wyższego celu, w imię czegoś pięknego. Jak mówi: – Przygotowanie – spędzanie wielu godzin w samotności na wielokrotnym czytaniu scenariusza – to dla mnie najtrudniejszy etap.

 

Dwadzieścia minut później, około 30 kilometrów od brzegu, opuściliśmy kotwicę. Fassbender miło gawędził z kapitanem Aaronem, wypytując o rozmaite wędki na pokładzie i różne sposoby zakładania przynęt. W końcu zarzuciliśmy wędki. Łowienie ryb to takie zajęcie – jak seks czy skateboarding – które staje się przyjemne, dopiero kiedy się w nim nabiera wprawy. Mimo naszych wcześniejszych wędkarskich doświadczeń – łowiłam trochę na muchę, a Fassbender, kiedy tylko może, wybiera się nad wodę – nie odnosiliśmy wielkich sukcesów. Gapiąc się w nieruchome kije, wspominaliśmy dawne triumfy. Oboje jako dzieci uprawialiśmy biegi – on sprint na sto i dwieście metrów, i czasem bieg przez płotki. Nie zawsze przegrywał, ale jakoś nigdy nie wybił się jako lekkoatleta. Być może zresztą znów niepotrzebnie zasłaniał się skromnością, tak samo jak umniejszał swoje umiejętności aktorskie, twierdząc, że każdy mógłby robić to co on, pod warunkiem że pokierowałby nim kompetentny reżyser (wystarczy spędzić jedno popołudnie w kinie, by się przekonać, że to ewidentna nieprawda).

 

Dzień upływał pod znakiem kanadyjskiej sielanki, przykładnie dzieliliśmy się wodą z butelki i wymienialiśmy uprzejmości, cały czas wpatrując się w powierzchnię jeziora. Kapitan Aaron z uporem twierdził, że w pochmurne dni łososie dobrze biorą. Miał tę ojcowską manierę człowieka, który jest nieustannie zasypywany pytaniami o zwyczaje ryb, na które nie da się odpowiedzieć. Zapewniał nas, że złapiemy łososia.


Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu Esquire

Reklama

Autorka: Amanda Petrusich

 

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Podobne tematy

Reklama