Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z braćmi Duffer

.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z braćmi Duffer zdjęcia. Christian Anwander
Reklama

„Stranger Things” to serial, o którym wszyscy wciąż mówią. Z odniesieniami do „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” i „Obcego”, jest wytworem wyobraźni braci Duffer, którzy, zupełnie jak potwór z serialu, pojawili się znikąd. W 2017 r. powracają z drugim sezonem.

Bycie bliźniakiem bywa irytujące. Na przykład ciągle pada pytanie: „Czy jesteście bliźniakami?”. Z tego też powodu bracia Duffer, trzydziestodwuletni twórcy „Stranger Things” – serialu Netflixa o nadprzyrodzonych wydarzeniach w pewnym amerykańskim miasteczku w latach 80., który okazał się popkulturową sensacją – mają zasadę: nigdy nie zamawiają tego samego w restauracji. No, na ogół.

Siedzimy przy stoliku restauracji hotelu Chateau Marmont w Hollywood, kiedy Ross prosi kelnera o drinka Moscow mule. Matt wzdycha, przegląda jeszcze raz kartę, i poddaje się: 

– Dla mnie też.

Jeśli jest się braćmi Duffer, ostatnia rzecz, której się chce, to żeby ktoś – a zwłaszcza dziennikarz jakiegoś pisma – wciąż podkreślał, że jesteście bliźniakami. W końcu to, co ich różni, jest zdecydowanie ciekawsze. Jeden z braci ma siwe pasmo na włosach (Matt). Drugi  (Ross) jest wyższy – i starszy. Jak podkreśla: – O prawie minutę.To znaczy, że jestem mądrzejszy. Na co Matt, z pełną powagą, wtrąca: 

– To nieistotne. 

Ale gdy przyglądam się Dufferom sączącym drinki z identycznych miedzianych kubków i kończącym wzajemnie zdania, staje się dla mnie jasne, że ci scenarzyści i reżyserzy dobrze wiedzą, że liczy się każdy drobiazg.

Kiedy „Stranger Things” ukazało się ubiegłego lata, widzowie obsesyjnie analizowali na forach internetowych każdy szczegół ośmioodcinkowego thrillera o zaginięciu dwunastoletniego chłopca. Fani stworzyli na przykład hasztag #justiceforbarb, by rozwikłać los drugoplanowej postaci. 

Akcja serialu rozgrywa się w 1983 roku i nietrudno doszukać się oczywistych odniesień do takich przebojów z tamtych lat jak „E.T.” i „The Goonies”.

Reklama

Siła „Stranger Things” nie wynika wyłącznie z pełnej napięcia fabuły ani nostalgii za starym dobrym Spielbergiem i Carpenterem, ale z dbałości Dufferów o detale. Wszystko, od pełnej syntezatorów ścieżki dźwiękowej niczym z płyt zespołu Tangerine Dream przez rekwizyty (ten żółty telefon ścienny), po napisy rodem z okładek dreszczowców Stephena Kinga, wydaje się skrupulatnie dopracowane – jak gdyby Dufferowie całe życie czekali, żeby stworzyć ten serial.
I tak właśnie było.

Jako uczniowie podstawówki w Durham w Północnej Karolinie, bracia dostawali na gwiazdkę filmy na wideo, w tym „Pogromców duchów”, „Powrót do przyszłości” i „Batmana”, które oglądali w kółko. Z czasem ich kolekcja VHS rozrosła się do ponad dwustu kaset. 

– Nasza mama próbowała cenzurować filmy, które uważała za niestosowne dla dzieci. Kazała nam przewijać scenę striptizu Jamie Lee Curtis w „Prawdziwych kłamstwach” – wspomina Matt. Po czym dodaje: – Z czasem się poddała.

Od trzeciej klasy aż po dwunastą każdego lata bracia kręcili jeden film. Raz, uzbrojeni w kamerę Hi8, nakręcili adaptację gry karcianej fantasy „Magic: The Gathering” – koledzy ze sztucznymi brodami przez godzinę nawalali się plastikowymi szablami. 

– Gdybyśmy teraz dorastali, cały ten szajs znalazłby się w internecie – mówi Matt. – Jestem wdzięczny, że nie ma tego na YouTube.

Po ukończeniu szkoły filmowej w 2007 r. napisali i wyreżyserowali horror „Hidden”, który nie wszedł do kin (w 2015 r. trafił na platformy streamingowe). Zniechęceni bracia skupili się na telewizji, gdzie tacy miłośnicy kina, jak David Fincher, mogli sobie pozwolić na tworzenie złożonych, wielogodzinnych wątków.

Jeszcze przed premierą „Stranger Things” planowali kolejne sezony. Gdy Netflix dał zielone światło na drugą część, od razu wzięli się do pracy, tak jak przywykli – w słuchawkach, prawie bez słów, jednocześnie pisząc we wspólnym pliku w Google Docs. 

– Czasem się wkurzam, bo coś mi kasuje – mówi Ross o bracie. I puentuje żartem: – Ale wspólne pisanie przyspiesza pracę, wręcz dwukrotnie. 

Żeby dokończyć historię, Dufferowie potrzebują jeszcze co najmniej dwóch sezonów (za nic w świecie nie zdradzą, ilu dokładnie). A gdy zamkną „Stranger Things”, wykombinują, co dalej.

– Przez dziesięć lat próbowaliśmy przebić się w branży filmowej, ale nam się nie udało, więc nakręciliśmy ten serial. I co? Teraz roi się od ludzi, którzy nagle chcą z nami kręcić i współpracować – mówi Matt. – Ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy mam na to ochotę. Czuję, że  seriale to jest przyszłość. 

 

 

tekst: Steven Leckart

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Podobne tematy

Reklama