Święty hulaka: Jude Law

.

Święty hulaka: Jude Law zdjęcia Simon Emmett
Reklama

Jude Law był już playboyem, robotem, żołnierzem, szpiegiem, księciem Danii i angielskim królem. Ale rola w serialu „Młody papież” jest dla niego największym aktorskim wyzwaniem.

Wygląda bardzo dobrze, trzeba to powiedzieć. Tak dobrze, że aż trudno uwierzyć, że 43-letni Jude Law nie jest już tym zachwycającym żółtodziobem, który w połowie lat 90. zabłysnął niezwykłym talentem i niespożytą energią, by wkrótce zostać jedną z najjaśniej świecących brytyjskich gwiazd kina swojego pokolenia. 

Nie stracił talentu i energii, ale jest teraz ojcem pięciorga dzieci i ma za sobą 25 lat kariery aktorskiej, a także długi i trudny okres pod nieustannym obstrzałem mediów. Zdawałoby się, że powinien – choćby ze zwykłej uprzejmości – pokazać po sobie jakieś drobne oznaki wyczerpania. Tymczasem wciąż jest przystojniakiem. Zakola wprawdzie ma coraz głębsze, co daje reszcie z nas niejaką satysfakcję, a niebieskie oczy otaczają teraz delikatne zmarszczki (jest przecież gwiazdą filmową, a nie nadczłowiekiem), ale poza tym nie widzę śladów ran odniesionych w boju.

Urodę ma oczywiście w genach, dar niebios, choć wątpię, by wierzył w takie rzeczy. Ale i sam nad nią pracuje, pięć dni w tygodniu na siłowni i treningach bokserskich. Stąd szczupłe biodra, szeroka klatka i sprężysty krok, którym błyskawicznie przemierza salę i w półprzysiadzie zbliża się do mojego stolika, wyciągając rękę do powitania.

Siedzimy w sali Colony Grill, ekskluzywnej restauracji w hotelu Beaumont w Mayfair, urządzonej w nowojorskim stylu. Law wślizguje się miękko w narożny boks, jak zwykle wytworny, w czarnej marynarce na biały t-shirt, dżinsach i eleganckich oksfordach. 

Jest zrelaksowany i wypoczęty. Od lutego nie gra, nie ma też żadnych planów aktorskich aż do marca przyszłego roku, kiedy zaczyna próby do nowej sztuki teatralnej. Całkowicie bezczynny nie jest, bo kontynuuje trzy projekty w różnych stadiach zaawansowania we własnej firmie producenckiej, Riff Raff. Pochłaniają go też obowiązki rodzinne i stosunkowo młody związek, który musi pielęgnować. Ale, jak mówi, ostatnio po prostu żyje i rozmyśla nad swoim następnym krokiem.

– Nie muszę nic robić poza tym, co mnie naprawdę wciągnie i zaciekawi. Nie jestem szczególnie zainteresowany powtarzaniem tego, co już kiedyś zrobiłem i nie panikuję, że chwilowo nic nie pojawia się na horyzoncie.

Nic na horyzoncie, oprócz frapującego, zabawnego, skomplikowanego i w pewnym sensie bezprecedensowego ośmioodcinkowego serialu telewizyjnego [którego emisja rozpoczęła się w październiku, przyp. red.]. – No tak – rzuca Law, przełykając ostrygę. – Jest jeszcze to.

Jeśli „Młody papież” nie zachwyci niczym innym, to z pewnością zostanie zauważony ze względu na sensacyjny wybór odtwórcy tytułowej roli, wybór dowcipny, prowokacyjny i przewrotny. Jude Law bowiem gra… papieża! Aktor, którego najbardziej znane kreacje ekranowe to beztroski playboy w „Utalentowanym panu Ripley” (1999), robot Żigolak Joe w „AI – Sztuczna inteligencja” (2001), niepohamowany kobieciarz w filmie „Alfie” (2004) i hollywoodzki mistrz szpady Errol Flynn w „Aviatorze” (2004), wciela się teraz w rolę głowy kościoła rzymskokatolickiego. To gratka dla widzów zobaczyć w tym charakterze artystę, którego publiczny wizerunek ma tak niewiele wspólnego z ascetyczną figurą, przemawiającą do wiernych z balkonu bazyliki świętego Piotra.

Jakiś tydzień przed naszą kolacją w Colony Grill na sali projekcyjnej w Rzymie, dosłownie o parę kroków od Watykanu, miałem okazję zobaczyć niedokończone wersje dwóch pierwszych odcinków „Młodego papieża”. Współscenarzystą i reżyserem serialu, koprodukcji Sky, HBO i Canal Plus, jest Paolo Sorrentino – twórca „Wielkiego piękna” (2013), zachwycającej opowieści o dekadencji Wiecznego Miasta, oraz ekscentrycznego filmu drogi „Wszystkie odloty Cheyenne’a” (2011) z Seanem Pennem w roli wyczerpanego rockmena na tropie starego nazisty, a także nieco zakręconego obrazu z zeszłego roku, „Młodość”, w której grany przez Michaela Caine’a stary kompozytor wyjeżdża do alpejskiego kurortu. Przywykliśmy już, że wielcy reżyserzy i wybitne gwiazdy srebrnego ekranu chętnie pracują dla telewizji, ale „Młody papież” jest wyjątkowy – to, o ile można mówić o czymś takim, telewizja artystyczna, robiona przez twórcę oryginalnego i bezkompromisowego.

Jak sugeruje tytuł, zasadniczo jest to portret jednego człowieka – Lenny’ego Belardo, Amerykanina włoskiego pochodzenia, porzuconego przez rodziców i wychowanego przez zakonnicę, siostrę Mary (błyskotliwa rola Diane Keaton). W pierwszym odcinku oglądamy zaledwie 47-latka, który zostaje papieżem Piusem XII. To właśnie tu uwidacznia się cały smaczek obsady głównej roli. Bo Pius XII nie jest jakimś tam libertynem w szacie kapłana, jak mógłby sugerować fakt, że papież wygląda jak… no po prostu wygląda jak Jude Law ze swoim wilczym błyskiem w oku. To nie jest papież przebojowy i postępowy, ale ultrakonserwatywny, dogmatyczny ideolog, wojowniczy, nieprzejednany i mściwy. Rola jest ambitna i Law wczuwa się w nią z lubością. W pewnym momencie, niczym John Wayne w westernach czy James Cagney w filmach gangsterskich, ogłasza: „Od dzisiaj rządzi tu nowy papież”.

Reklama

Głównym motywem „Młodego papieża” jest wizerunek osobistości publicznej, to, jak człowiek ten wizerunek konstruuje i kontroluje, jak nim manipuluje, jak wykorzystuje w tym celu media (lub rezygnuje z ich wykorzystania), jak opinia publiczna odbiera sławne osoby i jak się do nich odnosi. A tak się składa, że nie są to kwestie nieznane i nieznaczące dla gwiazdora filmowego, który od dwóch dekad jest niezwykle popularny.


– Tutaj ujawnia się cały przewrotny humor Sorrentino – twierdzi Law. – Już w samej obsadzie jest żart. W tej produkcji Paolo porusza wiele istotnych problemów, które przedstawia inteligentnie, subtelnie i dowcipnie.

Ze swej stron Sorrentino, z którym kontaktuję się mailowo, zaprzecza, że osobowość Lawa ma cokolwiek wspólnego z decyzją obsadzenia go w roli papieża. „Szczerze mówiąc nie za bardzo mnie obchodzi publiczny wizerunek aktorów, których angażuję” – napisał mi. „Kwestie towarzyskie nie są tym, co mnie najbardziej interesuje”. Wyjaśniając swoją decyzję zaproponowania nowej roli właśnie jemu, Sorrentino przywołuje natomiast scenę z intrygującego filmu Sama Mendesa „Droga do zatracenia”, w którym Law gra psychopatycznego fotografa-zabójcę. „Wiem tylko, że [w tym filmie] Jude Law poruszał się w sposób, który ujawniał cały wewnętrzny świat tego bohatera. Aktor, który potrafi powiedzieć tak wiele o postaci samymi ruchami ciała, to aktor wybitny. Fenomen. Ten jego ociężały, nieuchronny krok całkowicie mnie zachwycił”.

Mimo wszystko jednak jest się czym delektować: Jude Law papieżem!

– Prawda, że to niesamowite? – mówi Law. – Zwłaszcza jak się ma 43 lata. I jest się Anglikiem.

 

Kiedy światła przygasają, a my zabieramy się do jedzenia,
nie jestemzaskoczony, że Law okazuje się świetnym kompanem. Przeprowadzałem z nim wywiad w 2006 roku w Nowym Jorku, gdzie pracował przy filmie reżysera z Hongkongu, Wonga Kar-Waia. Wtedy Law był u szczytu sławy jako jeden z najlepszych aktorów w Hollywood – tamtego roku jego nazwisko pojawiło się na liście dziesięciu aktorów gwarantujących najwyższe przychody filmu. A także jako niesławny bohater tabloidów.

Był dosłownie wszędzie – w filmach, na billboardach reklamujących odzież i perfumy, na okładkach magazynów, na pierwszych stronach gazet, w telewizyjnych talk show, na czerwonych dywanach i na portalach internetowych trochę niższych lotów. Mój artykuł o nim był swego rodzaju sensacją, bo Law mówił w nim o osobistych turbulencjach, które wówczas obsesyjnie, niemal patologicznie relacjonowano w prasie. Rozgrzebywanie tego po raz kolejny wydaje się okrutne, ale tym, którzy już tego naprawdę nie pamiętają, przypomnę pokrótce, że te sprawy to: małżeństwo z Sadie Frost, matką trójki najstarszych dzieci Jude’a, ich rozwód w 2003 roku, związek ze Sienną Miller, ich pierwsze rozstanie w 2005 oraz szeroko nagłośniony w mediach romans z nianią jego dzieci w tym samym roku.

Jeżeli to zabrzmiało, jakby tamten wywiad był przeżyciem stresującym dla nas obu, to nic podobnego. Sam wywiad może nie był dla Jude’a przednią zabawą, bo przecież prosiłem go, żeby publicznie opowiedział o rzeczach, których żałował, ale potem wyruszyliśmy w miasto z grupą jego przyjaciół, a jeszcze później siedzieliśmy do rana przy drinkach na balkonie jego apartamentu. Okazał się miłym gospodarzem, inteligentnym rozmówcą i fantastycznym gawędziarzem.

Wychował się w Lewisham w południowym Londynie, jako syn pary nauczycieli. Jego starsza siostra Natasha została malarką, a rodzice byli zapalonymi aktorami amatorami. Jak mówi Jude: – Pasjonowali się teatrem, filmem i muzyką, więc w domu zawsze panowała artystyczna atmosfera. Miałem szczęśliwe dzieciństwo – dużo miłości, wsparcia, entuzjazmu.

Od młodych lat uwielbiał kino. Jako czternastolatek urywał się ze szkoły, jeździł pociągiem do centrum Londynu, oglądał trzy seanse z rzędu w Prince of Wales Cinema przy Leicester Square, świątyni wielu aspirujących londyńskich amatorów kina i wracał do domu na czas, żeby udawać, że cały dzień był w szkole.

Wcześnie rozpoczął karierę zawodową. Miał już za sobą spore doświadczenie w teatrze, gdy jako siedemnastolatek dostał ofertę roli w telewizyjnym serialu „Families”, kręconym w Manchesterze: – To była dla mnie nadzwyczajna szkoła, i aktorstwa, i życia. Znalazłem sobie mieszkanie, po raz pierwszy miałem własne pieniądze. Zacząłem udzielać się towarzysko, a potem musiałem nauczyć się to ogarniać, by o szóstej stawić się na planie filmowym.

Znalazł się tam w czasie rozkwitu Madchester, sceny alternatywnego rocka, kiedy przez jakiś czas to miasto było najbardziej awangardowym miejscem na Ziemi. Jak wspomina: – Martin Glyn Murray, który w serialu „Families” grał mojego brata, był członkiem zespołu The Mock Turtles, więc mnie w to wszystko wciągnął. Często bywałem w klubie Hacienda, w 1989 widziałem tam zespół Primal Scream, byłem w Spike Island na The Stone Roses, zaliczyłem wszystko, co się tam wtedy działo. To były odlotowe czasy.

Nazwisko wyrobił sobie najpierw na scenie. Mając 23 lata, w 1995 roku zdobył nagrodę im. Lawrence’a Oliviera dla najlepszego debiutanta za rolę w sztuce „Indiscretions” Cocteau, która później była wystawiana na Broadwayu. Wtedy znał już Sadie Frost. W 1996, w wieku 24 lat, po raz pierwszy został ojcem – urodził im się syn Rafferty (w 2000 przyszła na świat Iris, a w 2002 Rudy). Z Frost pobrali się w 1997, wtedy też Law adoptował jej syna Finlaya z poprzedniego małżeństwa. Międzynarodowa sława przyszła w 1999 roku wraz z filmem „Utalentowany pan Ripley”, którego akcja rozgrywa się we Włoszech w latach 50. Adaptację powieści Patricii Highsmith wyreżyserował Anthony Minghella, z którym Law będzie jeszcze dwukrotnie współpracował przed śmiercią reżysera w 2008 roku.

Być może do tej pory jest to najbardziej znacząca rola w jego karierze. W „Ripleyu” Law jest charyzmatyczny. Jasnowłosy, opalony, wcielił się w hulakę Dickiego Greenleafa, syna amerykańskiego magnata stoczniowego, i doskonale oddał przerażające, chłodne opanowanie bogatego młodzieńca, przekonanego, że wszystko mu się od życia należy. Nawet u boku najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia – w filmie wystąpili Matt Damon, Gwyneth Paltrow, Cate Blanchett i Philip Seymour Hoffman – Law błyszczy, ze zręcznością neapolitańskiego złodziejaszka kradnąc po kolei sceny, w których występuje. I nie ma znaczenia, że jego bohater ginie w pierwszej godzinie ponad dwugodzinnego filmu. Zdobył nagrodę BAFTA za najlepszą rolę drugoplanową i został nominowany do Oscara. Jego własny wizerunek i wizerunek granej przez niego postaci, niesfornego chłopaka, do którego lgną i kobiety, i mężczyźni, stały się nierozdzielne. Jak mówi: – Ludzie myśleli, że Dickie Greenleaf i ja to jedna i ta sama osoba. Byli przekonani, że to ja byłem na jachcie i grałem na saksofonie. 



Tekst: Alex Bilmes
Artykuł ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu Esquire 

 

Reklama
Reklama

Polecane wideo

Podobne tematy

Reklama